Rok 2006 był dla mnie rokiem granicznym. Definitywnie zakończyłam przygodę ze skokami przez przeszkody, dając sobie szansę na realizację marzeń o dresażu, a mojemu utalentowanemu Czarowi Szkocji na zwycięstwa na czworobokach. Bardzo szybko doszłam do wniosku, że nic mnie bardziej nie inspiruje, niż nawiązywanie tak idealnego porozumienia z koniem, aby był wstanie reagować na moje najsubtelniejsze pomoce. Wiedziałam, że to właśnie chcę robić w życiu, a następnie prezentować efekty mojej pracy podczas zawodów. I tu, niestety, zaczęły się schody.
Piękne, ustronne miejsce, jakim jest otoczona lasem Raculka, bez wątpienia jest idealne dla amatorów wypoczynku w siodle i przejażdżek
W 2009 roku postanowiłam ostatecznie rozprawić się z tym stanem rzeczy. Zdecydowałam się na przeprowadzkę do Ośrodka Sportów Konnych i Hipoterapii w Sobinie, stajni, którą nieco poznałam, ponieważ dwa lata z rzędu wyjeżdżałam tam z końmi na miesięczny, zimowy urlop. Odpowiadała mi tamtejsza atmosfera, infrastruktura i warunki dla koni, więc na to miejsce padł mój wybór.
Każda perspektywa zmiany budzi niepokój. Czasami konsekwencje błędnych wyborów ciągną się za nami przez lata. Na szczęście tę decyzję mogę zaliczyć do bardzo udanych. Konie są zachwycone możliwością całodniowego pobytu na wybiegu, a mnie już nie stresuje deszczowa pogoda ani kwestia dalekich dojazdów na zawody – mam blisko do Wrocławia, Jeleniej Góry i innych dolnośląskich ośrodków. Dobrze układa się moja współpraca z gospodarzami ośrodka, Martą Różańską
Sobin pozwala mi się rozwijać jako wyczynowcowi i jako trenerowi. Bardzo się cieszę, że podjęłam ryzyko przeprowadzki i jestem pewna, że już w trwającym sezonie ta decyzja zaowocuje tym, po co tu przyjechałam – wynikami sportowymi.